Legenda o eLJocie.

Dawno, dawno temu, kiedy to smoki żyły sobie wśród ludzi, kiedy to dinozaury mówiły ludzkim głosem (tylko raz w roku – w Wigilię), kiedy to ludzie nie byli jedynymi mieszkańcami tego płaskiego świata (świat zmienił się w glob znacznie później), w pewnej krainie (nie muszę dodawać, że kraina to mieściła się za siedmioma górami, sześcioma rzekami, pięcioma morzami, czterema jeziorami) zamieszkiwał straszny potwór. Potwór ów był tak straszny, że cały gatunek ludzki drżał przed tą bestią, a to nie tylko przed jego paskudnym wyglądem (a wyglądał ów potwór tak strasznie, że nawet lustro nie pokazywało jego odbicia), ale także paskudnym charakterem. Potwór ów zwany był eLJotem K.

Straszliwe monstrum (eLJot K.) każdego dnia nawiedzało biedną krainę i siało spustoszenie. Pożerało królewny, zabijało rycerzy, grabiło bogatych i zabierało ubogim. Sytuacja wydawała się beznadziejna, eLJot K. napadał na miasto przez kilka lat i nic nie zapowiadało rychłego końca.

Ówczesny władca tej biednej krainy postanowił nie zwlekać dłużej. Ogłosił konkurs, kto zabije złego potwora, otrzyma pół pałacu, otrzyma za żonę wszystkie pięć córek króla, otrzyma połowę skarbca zamkowego, otrzyma połowę ziem należącą do królestwa. Wielu zgłosiło się chętnych do ubicia złego potwora, byli to dzielni i silni rycerze, byli to sprytni i zwinni złodzieje, byli to potężni magowie, lecz nikt nie mógł ubić eLJota, każdy w końcu poddawał się w walce z potworem i ginął w straszliwych mękach.

Z każdym rokiem sytuacja była coraz gorsza. W królestwie brakowało rycerzy, dziewczyny były już niemal na wymarciu, w skarbu dojrzeć już można było dno, a ziemie palone były przez straszliwą bestyję, co eLJot K. się zwała. Sytuacja była beznadziejna… i wtedy zjawił się on.

Dzielny królewicz, o twarzy ładniejszej niż niejedna księżniczka, o wszystkich zębach tak zdrowych i błyszczących, że śmiało mogły robić za zwierciadła w królewskim pałacu. Piękno-wszystki królewicz postanowił unicestwić bestyję, a trzeba przyznać, że silnym i dzielnym był wojakiem. Inteligencji jego nie posiadał nawet najznakomitszy ze złodziei, a moce magiczne przyprawiały o drżenie samego stwórcę płaskiego świata. Królewicz, który nie chciał wyjawić swego imienia, wybrał się do Króla i obiecał zniszczyć złego potwora. Zażądał tylko jednego, drewnianego domu na najwyższym szczycie w królestwie. Król szybko się zgodził, zwłaszcza, że wymagania jegomościa były niskie i łatwe do spełnienia.

I dnia jednego wyruszył nasz dzielny bohater w bój, stanął przed jaskinią złego potwora i wyzwał go na pojedynek. eLJot zaśmiał się jedynie i wyzwanie i przyjął. I rozpoczęła się walka pomiędzy idealnym królewiczem, a dwugłowym eLJotem i trwała lat sześć, miesięcy sześć i dnie też sześć. I tego ostatniego dnia królewicz odnalazł słaby punkt eLJota i przeciął go mieczem na dwoje, sam raniąc się śmiertelnie.

Potwór przestał nękać już miasto, które nazwane zostało Wolską (na cześć zmarłego królewicza). I król spełnił swą obietnicę i wybudował dom na najwyższym szczycie i tam pochował dzielnego wojaka, który raz na zawsze przepędził złego potwora z Wolski.

Szczęśliwe zakończenie? I wszyscy żyli długo i szczęśliwie? Koniec?

Nie. Bowiem eLJot nie poległ w walce. Rana wydawała się śmiertelna, lecz jednak królewicz nie mógł przewidzieć jednego. eLJota nie dało się zabić zwykłym mieczem, przecinając go na dwoje czy nawet obcinają mu głowę. Rana wprawdzie była poważna, lecz nie śmiertelna. eLJot wyszedł z niej cało, aczkolwiek w dwóch kawałkach. Dalej wyglądał paskudnie, odrażająco i parszywie, lecz teraz w dwóch osobach. Sprytem i nienawiścią przejął władzę w królestwie i unicestwił je całkowicie. I każdy już wiedział, że wybór eL K. na władcę i Jota K. na jego zastępcę nie był dobrym pomysłem. Lecz wiedza ta przyszło zbyt późno. Wolska przestała istnieć, a to co z niej zostało nie zadowoliło nawet sępa Mortimera, o którym to kolejna legenda rozprawiać będzie.

Jaki wniosek dla ludzkości z tej opowieści wypływa? Ano wniosek jest prosty. Jeśli jet źle, jeśli jest tragicznie i nagle przyjdzie ratunek, to nie znaczy, że może być lepiej. Bywa i tak, że wszystko się spieprzy. Wystarczy spojrzeć na biedną Wolskę.

Podobieństwo nazw i nazwisk jest „prawie” przypadkowe.

Odpowiedzi: 6

  1. Powiem tak: historia bardzo ciekawa, do konca trzymajaca w niepewnosci i napieciu. Do samego konca nie wiadomo o co chodzi. Ale jak na koncu uwidacznia sie to „przypadkowe” podobienstwo nazw i nazwisk i wszystko sie wyjasnia to okazuje sie ze kazdy ta legende zna i zgodzi sie chyba z autorem w 100% :))) Podoba mi sie:))) Moje gratulacje:)))

  2. Mnie niestety ona zaskoczyć nie mogła, więc z takiego punktu ocenić jej nie mogę. Osobiście ta notka jakoś tak specjalnie mi się nie podoba, nie wiem czemu, ale jakoś dziwnie mi się to pisało. :P
    Co do przypadkowości nazwisk wypowiadać się nie mogę. Bo są przypadkowe… Prawie. :P

  3. Do końca nie wiadomo o kogo chodzi? To chodzi o pieniądze…
    A tak naprawdę: znając Cię (taak, Ciebie, MiszczU WidelcU ;P ), wiadomo o kogo chodzi, po samym tytule ;)
    No, albo to ja jestem taka mądra i w ogóle hej do przodu ;P

  4. =) Ty to powinienes w polityce robić =)

  5. Ja moge miec tylko nadzieje, ze wkoncu przyjdzie taki bohater, który zaprowadzi do Wolski spokój na stałe ale po przeczytaniu tej opowieśći trace nadzieje :(

  6. Ottis na prezydenta!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: