Z pamiętnika paranoika – dzień 1.

Dziś Wielka Sobota. Dziś postanowiłem zacząć spisywać swoje myśli, tak na wszelki wypadek. Na wszelki wypadek mam też obok siebie pudełko zapałek, niezawodny sposób na szybki zniszczenie moich zapisów. Pewnie niektórzy zastanawiają się nad powodem, z którego postanowiłem przerwać swoje milczenie. Powód ten jest prosty, mam już tego wszystkiego dość. Czas by świat dowiedział się o NICH.

Jak już pisałem dziś jest Wielka Sobota. Czas świąteczny, czas spotkań z rodziną, czas wizyt w Kościele. Właśnie. Mnie też to dopadło, zostałem zmuszony do opuszczenia mej twierdzy i udanie się tam, gdzie czają się ONI – na zewnątrz. Nie pomogły żale, nie pomogły płacze, w końcu i tak musiało to nadejść, musiałem opuścić swój bezpieczny schron.

Już na samym początku dnia stwierdziłem, że coś jest nie tak. Za oknami ucichło, zupełnie jakby świat od dawna wiedział o moim wyjściu, rodzina była dla mnie milsza, zupełnie jakby spodziewała się mojego rychłego odejścia. Mimo wszystko nie poddałem się, wiedziałem, że prędzej czy później i tak musi to nastąpić, wiedziałem, że od tego się nie ucieknie. ICH jest po prostu zbyt wielu.

Wyszykowanie się zajęło mi trochę czasu. Wyszykowanie zawsze zajmuje mi tyle czasu, przecież muszę zabrać ze sobą nóż do obierania jabłek, na wypadek gdyby przyszło mi spotkać JEGO, drugi nóż do obierania jabłek, gdyby ten pierwszy zawiódł, nie zapominajmy o trzecim, ostatnim, nożu, który biorę zawsze ze sobą, dyby zawiodły dwa poprzednie. No dobra, zawsze gdy wychodzę mam ze sobą komplet pięciu noży, bo nigdy nie wiadomo czy czasem ON nie stanie mi na drodze. Grunt to dobrze się przygotować.

Chciałem zjechać windą, znów zapomniałem, że ONI mogli naciąć liny podtrzymujące kabinę. Wybrałem schody, pamiętałem by nie dotykać poręczy (trucizna może być wszędzie), dla bezpieczeństwa stąpałem jedynie na co trzecim stopniu, tak dla większego bezpieczeństwa. Na parterze stał ON, miał na sobie brudne ubranie i gmerał przy windzie (WIEDZIAŁEM!). Spojrzałem na NIEGO, uśmiechnąłem się, splunąłem i wyszedłem. Lecz to nie oznacza, że byłem bezpieczny, ONI byli wszędzie.

Przed klatką czekał kolega, tylko jemu mogę ufać… nie, jemu też nie mogę. ONI mogą wykupić każdego, nikt nie jest bezpieczny, gdy ONI działają. Postanowiłem udawać, udawać, że wszystko jest dobrze, że o niczym nie wiem. W milczeniu wyruszyliśmy w drogę. Przejście przez drogę było koszmarem, wszędzie byli ONI, ONI w tych swoich ryczących maszynach. Gdy tylko stawiałem nogę na asfalcie ON z ogromną prędkością przejeżdżał tuż obok mnie. Ratował mnie jedynie mój refleks, chwila zamyślenia, a straciłbym nogę. Na szczęście te 21 lat, które już spędzam na tym świecie, nauczyły mnie ostrożności, nauczyły mnie, że ONI mogą czaić się wszędzie.

W końcu jednak, dzięki pomocy kolegi (sam już nie wiem co mam o tym myśleć, teraz mnie uratował, ale możliwe, że chce mnie dopaść później, by zgarnąć całą ICH nagrodę), udało mi się przekroczyć jezdnię. Dalej powinno pójść już łatwiej. Wszak do Kościoła prowadzi prosta droga.

Jeszcze tylko ominięcie dwóch bloków i będę na miejscu. Na jednym balkonie ujrzałem JEGO, miał coś co wyglądało jak lornetka i coś co wyglądało jak, sam nie wiem co, ale na pewno śmiercionośna była to broń, którą posiada każdy z NICH. Zawróciłem i starałem obejść się niebezpieczny skrawek chodnika. Widziałem ICH zrezygnowane miny, gdy przechodziłem przez gęste zarośla, dobrze wiedziałem, że tutaj mnie nie dosięgną. Dalej postanowiłem iść bezpieczniejszą drogą, jedna z NICH, siedząc w oknie, pogroziła mi dłonią. Dobrze wiedziałem co ten gest oznaczał – tym razem ci się udało, ale my i tak cię dopadniemy. Dobrze wiem, że kiedyś to nastąpi, ja jestem sam, a ICH jest tak wielu…

W końcu ujrzałem to co było moim celem. Stałem przed wejściem do tej świątyni, wszędzie wokół pełno było NICH. Nałożyłem kaptur i czapkę, tak zabezpieczony postanowiłem wejść do środka. Rękę trzymałem w kieszeni, na rękojeści noża numer 4 (wspominałem, że dla bezpieczeństwa zawsze mam ze sobą zestaw pięciu noży?). Szybko wszedłem do środka, zająłem miejsce w bezpiecznym zakątku, chwyciłem białą książeczkę i pogrążyłem się w lekturze. A przynajmniej chciałem, by tak to wyglądało. W rzeczywistości uważnie ICH obserwowałem, wiedziałem, że wystarczy jedna chwila nieuwagi i będzie to mój koniec.

Dosiadła się do mnie jakaś kobieta, w podeszłym wieku, niepozorna. ONI się w takich lubują, wiem, że była jedną z nich, nie zwlekając wstałem, rzuciłem za siebie książeczkę i zająłem inne miejsce. Z daleka od NIEJ. Gdy się odwróciłem dostrzegłem w jej oczach coś strasznego, chęć mordu wprost biła mnie w twarz. Tym razem podszedł ktoś inny, z pewnością też jeden z NICH. Tym razem postąpiłem podobnie, zająłem miejsce blisko wyjścia, tak na wszelki wypadek.

Siedziałem tak jeszcze przez chwilę, czekałem na pana tej świątyni. Ta chwila zdawała się trwać wiecznie. Co chwila ktoś rzucał ku mnie ciekawskie spojrzenie, zacząłem się bać. Przeraźliwie się bałem. Strasznie się spociłem, czułem pot spływający mi po karku, zupełnie jakby ktoś przyłożył mi zimną, stalową lufę do pleców. Dopiero po chwili dotarł do mnie ten fakt, to nie jest mój pot, gwałtownie wstałem i zamachnąłem się ręką, chcąc wytrącić napastnikowi niebezpieczną broń. Za mną nikogo nie było, jedynie ściana. ON, kimkolwiek był, był cholernie szybki. Przesunąłem ławkę bliżej ściany, teraz już nikt nie mógł zajść mnie od tyłu.

W końcu wszedł ON, ten znowu był cały ubrany na czarno. Wznosił ręce ku górze i wypowiadał słowa w niezrozumiałym dla mnie języku. Wiedziałem, że to jest jeden z NICH, zapewne szef, który przekazuje swoim ludziom polecenia. Ku memu przerażeniu podnieśli się wszyscy słuchacze. Sytuacja była gorsza niż mi się wydawało. Postanowiłem zachowywać się jak oni, wstałem, kurtka z nożem w kieszeni (zawsze mam przy sobie komplet pięciu noży) zahaczyła o kant ławki. Rozległ się donośny huk, drewniana ławka upadła na ziemię. Wszyscy spojrzeli na mnie. Pomyślałem sobie, że już po mnie. Po cholerę ja w ogóle opuszczałem mój bezpieczny schron?

Ktoś z NICH ruszył w moim kierunku. Wykrzyknąłem do niego kilka słów po czym wybiegłem z Kościoła, czułem wzrok zgromadzonych na mych plecach. Jeszcze nigdy nie biegłem tak szybko, potykałem się o każdą wystającą płytę chodnikową (to ICH robota, ONI zawsze tak robią). Nie zważałem już na niebezpieczeństwo, tylko biegłem. Jeśli będę biegł wystarczająco szybko i wystarczająco długo to ONI nie dopadną mnie. Nie dam IM tej satysfakcji, nie dzisiaj.

Przebiegłem przez pustą ulicę (najwyraźniej ONI nie spodziewali się tak szybkiego mojego powrotu), wbiegłem do klatki, JEGO nie było. Ponownie wybrałem schody, tym razem starałem się omijać jak najwięcej stopni. Nawet ONI nie byli w stanie przewidzieć mojej chaotycznej wspinaczki. Czy aby na pewno? Na szóstym piętrze potknąłem się na ostatnim stopniu, próbowałem utrzymać równowagę, nie udało mi się. Upadłem. Drzwi naprzeciwko mnie otworzyły się, wyszedł z nich sąsiad, ON też jest jednym z NICH, wyciągał do mnie rękę, szybko wstałem i pognałem wyżej. Byle z daleka od NICH.

W końcu doszedłem do swoich drzwi. Chciałem nacisnąć dzwonek, powstrzymałem się. Znałem to, ICH stara sztuczka, na takie coś mnie nie złapią. Kopnąłem w drzwi, poczułem ból, ale to było bezpieczniejsze. Klamka też mogła zostać zatruta. Drzwi się otworzyły, ujrzałem znajome twarze, lecz to także mogli być ONI. Nie miałem wyjścia, poddałem się i wszedłem do domu. Zamknąłem drzwi, na wszystkie zamki. Zacząłem rozbierać się, wyjąłem noże, jednego brakowało, musiał wypaść mi podczas tego szaleńczego biegu.

Wziąłem prysznic, wiem, że tam na zewnątrz wszędzie są trujące opary. ONI są na nie odporni. Włożyłem czyste ubranie, sprawdzałem – bezpieczne.

Ja także byłem bezpieczny, jednak na jak długo. Ile jednak można skutecznie uciekać? Nie wiem, ale postaram się wytrwać. Kończę pisanie notatek, muszę się dobrze zabezpieczyć, jutro też jest dzień. ONI też o tym wiedzą. Ponownie będę próbował uciec, a ONI ponownie będą próbowali mnie złapać.

Odpowiedzi: 4

  1. Piotrusiu mój Ty kochany! Ja poproszę o jedno: papierową wersję tego czegoś, bo strasznie nie lubię czytać tak długich tekstów poprzez monitor…

    Pamiętaj! ONI są wszędzie! i nawet mnie nie możesz zaufać. A mieliśmy mieć razem całą 12 dzieciaczków… Im też nie mógłbyś zaufać. Ech, przyszłość prysła :( A takie dobre desery się zapowiadały….

  2. Niestety nie jestem w stanie tego wykonać. Może kiedyś się uda, ale na chwilę obecną nie dałoby rady tego wydrukować i wysłać gdzieś do twojego miasta. :P

  3. Wydrukowałabym sama, ale tak bez autografu..? Bez sensu, mój Ty rózowy cukiereczku ;P

  4. Autograf pojawi się (z całą dedykacją) gdy tylko dizeło zostanie zakończone. :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: