Ostatni lot z Warszawy…

Była godzina 21:46, każdy usłyszał głośne <click> i zegar na lotnisku zmienił pokazywaną godzinę na 21:47, po kolejnym <click>, do minut doszła kolejna jedynka. Czas leciał nieubłaganie, a Jan M. (typowy everyman, mogę to być ja, może to być on, a możesz to być nawet Ty) wciąż znajdował się daleko od swego celu, a to był ważny lot, nie mógł się spóźnić, nie tego dnia. Od tego lotu zależała cała kariera Jana M. (<click> i zegar naliczył kolejną minutę).

Gdzie w tej chwili znajdował się nasz główny bohater? Gdzie był na chwilę przed swym odlotem Jan M.? Nasz Jan M. miał dziś wyjątkowo pechowy dzień, najpierw nie mógł odpalić swojego samochodu (piękny, niemal chromowany, niemal z alufelgami, niemal nowy i niemal szybki Polonez), a później nie zauważył zjazdu z niemal istniejącej autostrady. Kilka fatalnych zbiegów okoliczności, które zebrały się tego jednego dnia, mogły zadecydować o tym, że Jan M. straci wszystko o co walczył przez całe swoje życie. Ale nie bądźmy pesymistami, Jan M. zawsze miał szczęście i wierzył, że uda mu się, że zdąży na czas.

Jan M. siedział w swoim samochodzie i przeklinał sygnalizację świetlną, która wcale mu nie pomagała. „Niech to jasna cholera, gdzie się podziała ta słynna fala świetlna?” – dało się słyszeć z jego auta, lecz niestety i to nie pomagało, czerwone światło wciąż padało na oblicze Jana M., a czas nieubłaganie szedł naprzód. Gdyby Jan M., był teraz na płycie lotniska, z pewnością usłyszałby <click>, które wydał z siebie zegar, i które to <click> sprawiło, że czas posunął się o jedną minutę dalej.

Gdy zegar zrobił jeszcze kilka <click> Jan M. w końcu dojechał na parking lotniska i znów szpetnie zaklął, gdy zobaczył, że na najbliższym parkingu nie ma wolnych miejsc. „Głupia szmata, a miało być tak pięknie!” – wykrzyknął rozzłoszczony Jan M. i wybiegł ze swojego samochodu, zostawiając go na środku parkingu – „Mnie już potrzebny nie będzie, możecie go sobie wsadzić!”. Jan M. miał rację, jeśli tylko zdąży na samolot i zrobi co ma zrobić, to już nigdy nie będzie rozbijał się starym Polonezem. To jest fakt, któremu nawet ja zaprzeczyć nie mogę (a taki autor opowiadania moc ma niezwykłą, mogę zrobić <click> i zegar nabija kolejną minutę, czujecie tę moc?).

Gdy zegar znów wydał z siebie kilka <click> i na jego tarczy wyświetliła się 22:10, Jan M. wbiegł do głównego budynku i załamał się na widok kolejki, która zdawała się nie mieć końca. „Kurwa mać.” – pomyślał sobie Jan M. i zaczął przepychać się do okienka. Musiał poczekaj jeszcze kilkanaście <click>, by dostać się do pierwszego miejsca przy kasie, teraz była jego kolej, teraz już nic nie odbierze mu lotu, uda mu się. „Do Nowego Yorku!” – wykrzyknął. „Czego się drzesz, spieszy się gdzieś?” – usłyszał w odpowiedzi. „Do Nowego Yorku.” – tym razem ciszej, lecz z mordem w oczach. „Pan się nie spieszy, już odleciał.” – usłyszał z okienka.

Zegar zrobił kolejne <click>, na tarczy pojawiła się 22:21. Jan M. nie stracił nadziei, to nie jedyny lot, może mu się jeszcze uda. „Czy są jakieś inne loty do Nowego Yorku? Muszę się tam dostać jeszcze dziś!” – ze łzami w oczach rzucił do wąsatej pani w okienku. „Dobra wiadomość dla pana, jest dziś jeszcze jeden lot, jednak jest i zła wiadomość, wszystkie miejsca są już zajęte.” – zażartowała okienkowa i zaśmiała się cichutko. Zegar ponownie zrobił <click>, Jan M. upadł na kolana (swoje, nie pani z okienka), uniósł swe ręce ku górze i wydarł się przeraźliwie. Zamknął oczy i zaczął płakać, wiedział, że to już jego koniec. Zawiódł siebie i swoich przyjaciół. Po kolejnym <click> zegara upadł na twarz i oczami wpatrywał się w damskie buty, buty starszej kobiety, która stała tuż przed nim.

„Weź mój, chłopcze.” – wyszeptała starsza kobieta i wyciągnęła swój bilet ku niemu. Jan M. uśmiechnął się, zrozumiał, że gdzieś na tym świecie Bóg jednak jest. Uwierzył w ludzi, w końcu pojął, że jednak są tacy, którzy dla drugiego człowieka są w stanie zrobić wszystko. „No weź, bo i na ten się spóźnisz.” – podpowiedziała kobieta. Jan M. dłużej nie czekał, wcisnął kobiecinie do torebki swój portfel (w którym było znacznie więcej, niż wynosiła cena biletu) i wziął bilet tej kobiety, po czym udał się do swojego samolotu.

„Teraz to mam cię głęboko gdzieś” – wyszeptał Jan M., kiedy usłyszał kolejne <click> wydawane przez zegar. Po kilku kolejnych <click> siedział spokojnie na swoim miejscu i czekał na start samolotu. Jan M. latał już wcześniej, zupełnie nie obawiał się już lotów, za pierwszym razem się jeszcze bał, lecz nie dziś, dziś wiedział, że wszystko uda się tak jak powinno. Dziś już nic nie powinno się stać, nie po tak obfitym w wydarzenia dniu (Jan M. nie wiedział jeszcze, że jego bagaż zamiast do Nowego Yorku, trafił do zupełnie innego miasta, położonego na zupełnie innym kontynencie). Zadowolony z siebie zamknął oczy i pogrążył w śnie.

Jego sen był piękny, śniło mu się wiele kobiet, śniło mu się bogactwo, śniło mu się wszystko to co kojarzy się z rajem. W swoim śnie był wielką osobą, wielu mu usługiwało, wielu uważało go w tym śnie za pana. Był niczym święty, lecz to był tylko sen, sen który za chwilę miał się skończyć.

Kiedy zegar na lotnisku zrobił kolejne <click>, Jan M. zbudził się i rozejrzał się po samolocie. Nie znał tutaj nikogo, każdy był dla niego obcym człowiekiem, a mimo to czuł, że jakaś więź łączy go z innymi ludźmi. Po lewej swej stronie miał starszego pana, który dość głośno chrapał, możliwe, że to właśnie on sprawił, ze ten piękny sen się skończył. Jan M. wstał ze swojego siedzenia i zaczął iść w kierunku samolotowych łazienek. Kiedy był już w połowie drogi, stewardessa poinformowała przez interkom, że znajdują się na maksymalnej wysokości. Zadowolony Jan M. zrzucił wierzchni płaszcz i rozejrzał się po ludziach. W pierwszej chwili nie każdy zauważył Jana M., lecz po chwili patrzyli na niego już wszyscy. Nikt nie krzyczał, wszyscy patrzyli tylko z otwartymi oczami na Jana M. i na jego pas. Nie był jednak to zwykły pas, zwykły pas rzadko kiedy ma przyczepione do siebie ładunek wybuchowy. Jan M. uśmiechnął się i rzekł: „To mój ostatni lot z Warszawy”. Wcisnął przycisk, który zrobił <click>…

Zegar na lotnisku zrobił <click>, lecz nikt nie zwrócił uwagi na zmieniającą się tarczę zegara, tym razem wszyscy patrzyli ku niebu, gdzie mały samolocik przemienił się w piękną kulę światła.

====

To moje pierwsze opowiadanie, pierwsze opowiadanie, które rzeczywiście ma formę opowiadania. Ponieważ jest to pierwsze, to oczywistym jest, że może mieć pełno błędów i niedociągnięć, które możecie śmiało mi wytykać. Nigdy nie byłem na lotnisku i nie wiem jak wszystko tam to wszystko wygląda, mimo wszystko starałem się opisać to tak jak wyobrażam sobie. Opowiadanie to miałem napisać bardzo dawno temu, ale zawsze odkładałem to na później, niemniej dziś nadszedł ten dzień, w którym postanowiłem pokazać światu moje chore wizje. W kolejnych opowiadaniach (jeśli kiedykolwiek się pojawią) komentarzy na zakończenie już nie będzie.

Reklamy

Narzędzia szatana…

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami i siedmioma jeziorami, ktoś sobie krzyknął: „To narzędzie szatana!”. Czy, ów gość, miał rację nazywają to nieokreślone coś narzędziem szatana? Czy rzeczywiście miał ku temu powód? Czy mógł określi to inaczej? Czy w ogóle jest coś takiego jak narzędzie szatana? Na każde z tych pytań możemy śmiało odpowiedzieć ‚TAK!’. I nie stanie się nic złego, bowiem człowiek od wieków przypisywał szatanowi to co złe i niewyjaśnione.

By odkryć pierwsze z narzędzi szatana, musielibyśmy cofnąć się w czasie, cofnąć do lat bardzo nam odległych. Ja bym mógł, gorzej z wami, wy ludzie żyjecie zdecydowanie za krótko. Jednak i dla was jest rada, użyjcie swej wyobraźni i postarajcie cofnąć się w czasie, przenieście się w lata kiedy sen Kononowicza był czymś realnym, kiedy nie było nic. Tylko wy i ogrom tego świata. Wyobraźcie sobie, że pchacie wózek na kwadratowym kole i ciężko jest wam cholernie, lecz oto wasz sąsiad, Jan Okrągły, pcha wózek na kole, które kwadratem nie jest. Czy nazwiecie to narzędziem szatana? Pewnie nie, ale tylko do czasu, aż to coś zrobi wam krzywdę. Wtedy zmienicie zdanie, przynajmniej ja wtedy zmieniłem swoje.

Jeśli dalej nie rozumiecie o co mi chodzi (ja sam bym nie zrozumiał, gdybym nie miał całości ułożonej w głowie), to posłużę się dwoma innymi przykładami, które powinny was już nakierować na właściwy tor myślenia. A jeśli te dwa nie pomogą, to dorzucę jeszcze trzeci, a na koniec walnę puentę, a później pójdę się czegoś napić. Szkoda, że już nie mogę, jestem przykuty do fotela, do czasu, gdy nie zaprzestanę pisania. Myślicie, że zmyślam? Ja mam tak, że nie odrywam się od roboty jeśli mnie już raz naszła ochota, bo taka herbatka to może całkiem nieźle pomieszać we łbie. Kiedyś taki jeden gość wypił ponad litr wódki i jedną nieszczęsną herbatę, która tak na niego podziała, że biedak nie mógł trafić do domu. Nie pijcie herbat jeśli nie musicie. Ok, zaczynam z pisaniem pierwszego przykładu.

Kiedyś (też bardzo dawno temu) był sobie pan, który postanowił utrwalić dane wydarzenie dla swych potomków. W tym celu chwycił zaostrzony kamień oraz jeden płaski i zaczął wykuwać na nim scenę walki dwóch zwierząt. Niestety, nim na skale pojawiła się jedna kreska, zwierzęta skończyły swą walkę i rozpierzchły się, każdy w swoją stronę. Pan ów miał kilka wyjść z tej trudnej sytuacji, rysować z pamięci, zatrudnić modeli, zabić zwierzęta i ułożyć je w odpowiedniej pozie lub skonstruować lepsze narzędzie do zapamiętywania obrazów. Debil zaczął rysować z pamięci, dlatego teraz oglądając pozostałości po nim, nie wiemy czy rysował dzikiego zwierza, czy też może chciał nam pokazać swą rodzinę. Jego sprawa. Był jednak inny pan, który postanowił wymyślić lepsze narzędzie do utrwalania obrazów, chwilę podumał i stworzył ołówki, kredki oraz farby. Czas potrzebny na utrwalenie obiektu mocno się zmniejszył, ale to dalej nie było to. Kolejny pan postanowił pójść na całość i stworzyć coś co w ciągu chwili zarejestruje obraz i pozwoli oszczędzić masę czasu. Tak właśnie powstał aparat fotograficzny.

Lecz nie każdemu się to cudowne urządzenie podobało. Wielu obawiało się tego. Z dawnych aparatów wychodziło oślepiające światło, a urządzenie wydawało z siebie straszliwe odgłosy. Jak więc najlepiej zareagować? Okrzyknąć urządzenie narzędziem szatana, które odbiera nam naszą duszę. I tak też się stało, wielu nie miało do tego urządzenia zaufania, bało się go, wiedziało, że takie cpykanie odbierze im szansę na lepsze życie. Tak się jednak nie stało, aparat został przez społeczeństwo zaakceptowany i od tamtej pory każdy może zrobić sobie zdjęcie kiedy tylko chce, gdzie chce i jak chce. Jedno z wielu narzędzi szatana odeszło do lamusa.

Przyszedł czas na drugie narzędzie szatana. Tutaj też cofamy się bardzo daleko, do czasów kiedy człowiek był mądry i nawet o tym nie wiedział. Kiedy już człowiek zszedł z drzewa i sobie trochę pobiegał, doszedł do wniosków, że jednak takie bieganie na własnych nogach to ciężka robota. Człowiek ten postanowił sobie znaleźć inne stworzonko, które będzie go przenosić z miejsca A do miejsca B i z powrotem. Wybrał więc sobie zwierzę i już na nie wsiadał, kiedy zdarzyło się coś złego… zwierzę go zeżarło, ale tak się zawsze dzieje gdy człowiek wybiera nieodpowiedni środek transportu. Wprawdzie podróżował jeszcze przez jakiś czas, ale późniejsze bycie kupą, nie za bardzo mu odpowiadało. Wielu zginęło starając się znaleźć odpowiednie zwierze, jedni byli miażdżeni, inni pożerani, jeszcze inni byli rozszarpywani na kawałki. W końcu człowiek postanowił grupować środki transportu. I tak oto powstały zwierzęta zbyt małe, dobre i zbyt duże, zbyt zwinne, normalne i zbyt ospałe. Z tej listy wybierano kilka stworzonek i na nich przez długi czas podróżowano. Jednak jednemu panu było mało, postanowił stworzyć coś lepszego. Wziął więc jedno zwierze, wyrwał mu wszelkie bebechy, a na ich miejsce wstawił „machinę piekielną” (z pewnością taka machina należała do szatana), dodał kilka kółek (też kiedyś były narzędziem szatana) i tak oto narodził się samochód. Po uruchomienia silnika warczało, chrzęściło, chrobotało, ale jeździło. Ludzi strasznie to odstraszało, wielu wiedziało, że to nie jeździ samo z siebie, że w jakiś sposób łączy się z szatanem, który oddaje temu swą moc. No bo jak inaczej wyjaśnić, że coś się porusza, a nie żyje? To musi być szatan i już.

Niemal każdy może teraz stwierdzić, że mi odbiło. Napisałem sobie kilka głupich opowiastek i nie wiadomo co sobie myślę. Jednak nie, jest zupełnie inaczej, ja dostrzegam pewną analogię. Teraz też jest pewien przedmiot, którego się wszyscy obawiamy, który nazywamy narzędziem szatana. Podobnie jak i wtedy są ludzie, którzy twierdzą, ze to narzędzie zbawi kiedyś cały świat, ale są też i tacy, którzy twierdzą, że narzędzie to najpierw nas zniszczy, a dopiero później zbawi. Co to za narzędzie? Tylko ktoś z chorą psychiką może się już domyślać o co mi chodzi.

Ładunek nuklearny. Wcale mi nie odbiło. Podobnie jak aparat i samochód, tak i ładunek nuklearny jest traktowany przez wszystkich jako straszna rzecz. Być może mają rację, ale mogą się mylić, tak jak ludzie mylili się kiedyś. Co takiego fantastycznego może być w takim ładunku nuklearnym, że się tak nim zachwycam? Wiele rzeczy, wyobraźcie sobie tylko taką poniższą scenkę, a też zrozumiecie, że w ładunku nuklearnym jest to coś.

Wyobraźmy sobie, że mieszkamy w bloku , na ósmym piętrze i mamy tylko dwa pokoje, malutką kuchnię, łazienkę też beznadziejną. Wyobraźmy sobie teraz, że wchodzimy do jednego z pokojów, tego mniejszego, siadamy na krześle, włączamy komputer, odpalamy Debiana, wchodzimy na http://www.miszczq.wordpress.com/ i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy…i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy… i piszemy…. i piszemy… i piszemy… heh, pewnie nie uwierzycie, ale złapałem się w pułapkę teraźniejszości. Załóżmy, że komputera nie ma, kasujemy go więc z naszej pamięci. Siadamy więc na krześle i rozglądamy się po pokoju. Dostrzegamy paskudną szafkę z niebieskimi drzwiczkami, białe biurko, na którym stałby komputer, gdybyśmy go wyobrażali sobie, po prawej stronie możemy dostrzec łózko piętrowe, kolejne paskudne szafki, dalej mieści się wielki blat, kupa śmieci na dziesięciu metrach kwadratowych, kiedyś to ludzie umieli kompresować. Jeśli rozejrzymy się dokładniej, to na podłodze dostrzeżemy jakąś kartkę papieru, na której dostrzec możemy niedorobione sześciany, jednak nie one nas interesują. Na wprost naszych oczu, znajduje się wielkie okno z paskudnie żółtymi żaluzjami. Kiedy przez nie spojrzymy (przez okno i przez żaluzje, bowiem niezależnie jak ustawimy żaluzje, te zawsze będą zasłaniać nam widok), ujrzeć możemy kolorowy blok z dużą antenką, głupi sklep, w którym tanio sprzedają płatki. Dostrzec możemy piękną panoramę, pięknego miasta, Radomia. Teraz wyobraźmy sobie, że na to miasteczko spada potężny ładunek nuklearny, a wszystko na naszych oczach. Na początku dostrzegamy powoli opadającą rakietę, która w momencie styku z ziemią rozbłyska pięknymi barwami. Fala tych barw pomału zbliża się do nas, gdzieś z dołu słyszymy okrzyk zdumionego sportowca: „O kurwa, ale zajebiście jebło!”, oraz wtórującego mu sportowca kumpla: „Nom, kurwa, nieźle pierdolnęło!”, a fala ciągle się zbliża. Piękne barwy najpierw pochłaniają sklep z dobrymi płatkami, później tęczowy blok, następnie zjadają dom starców (którego z okna nie widać, ale uwierzcie, że on tam jest, znaczy… już nie ma, został pochłonięty przez eksplodujący ładunek nuklearny), następnie ów piękne kolorki pochłaniają moje okno z żółtymi żaluzjami, później blat, chorą szafkę z niebieskimi drzwiczkami, następnie rysunek z sześcianami (oj wkurzy się siostra, tyle to rysowała, a teraz jakiś ładuneczek jej to pochłonął), po chwili zeżera (ładunki nie zeżerają?) i mnie. Po chwili nie ma już niczego.Gdzie tutaj to piękno? Gdzie tutaj ten dowód, że to jednak narzędzie szatana nie jest? Gdyby to było narzędzie szatan to przez te kilka sekund widziałbym jedynie czerń, ewentualnie coś szarego i przygnębiającego, a tymczasem ja widziałem piękne barwy, radosne kolorki, przy których tęczowy blok i płatki z pobliskiego sklepu mogą się schować. Wprawdzie trwało to tylko kilka sekund, ale to były piękne sekundy. Ostatnie sekundy.

Z historii tej wyciągnąć można kilka wniosków. Śpieszmy się się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą (wystarczy jeden ładunek nuklearny i kilka sekund). Nie poświęcajmy kilku godzin na rysowanie sześcianów, bo te mogę nam tak łatwo przepaść (wystarczy jeden ładunek nuklearny i kilka sekund). Nie traćmy czasu na oglądanie tęczowego bloku, bo zawsze może nadejść coś piękniejszego (wystarczy jeden ładunek nuklearny i kilka sekund) . Nie zachwycajmy się płatkami z pobliskiego sklepu, bowiem one mogą być naszym ostatnim posiłkiem (wystarczy jeden ładunek nuklearny i kilka sekund). Skończyłem, idę napić się herbaty (wystarczy jedna torebeczka herbaty i kilka sekund).

Po wielu milionach lat…

Ostatnio w moim życiu nastąpiła istna rewolucja, pewnego fakty sprawiły, że w moim życiu coś się zagotowało. Zmusiło mnie to do przemyśleń, ale ostatecznie zrozumiałem co się święci i… przyjąłem do wiadomości, że to jedyna NASZA szansa. Obecnie człowiek niewielki ma wybór, jeśli idzie o sytuacje polityczną.

Może człowiek wspierać PiS. Ale czy to dobre rozwiązanie? PiS jest partią, która nieudolnie starała się rządzić Polską. Zawiązała koalicję, która była chyba największym złem, jakie zwycięska partia mogła zgotować Polakom. Niewiele dobrego przyniosły te lata Polakom, ale była to JEDYNA partia, która starała się coś dobrego przynieść. Za to należy im się szacunek, bo próbowali.

Może człowiek wspierać PO. Ale czy to dobre rozwiązanie? PO jest partią, o której mówi się, że przegrała wybory. Ale czy to prawda? Jeśli do zawodów w biegu na 1000m startujesz Ty i dziesięciu zawodników, i Ty jesteś tym, który dobiegł na metę jako drugi, to mówi się o Tobie, że wyścig przegrałeś? NIE! Mówi się, że zdobyłeś super drugie miejsce, że coś wygrałeś. Czy jeśli obstawiasz kupon w totka i trafisz piątkę zamiast szóstki, to czy mówi się, że przegrałeś? NIE! Mówi się wtedy o Tobie, że wygrałeś 50.000zł, mówi się wtedy o Tobie, że niewiele Ci zabrakło do wygranej. Ale w takich wypadkach NIE MÓWI się o nikim, że PRZEGRAŁ! Przegrywasz wtedy i tylko wtedy, gdy nie osiągasz nic. Przegrał tylko ten, który nie startował i ten, który startował, a przegrał w przedbiegach. PO te dwa lata zmarnowała. Całość ich działań opierała się na zasadzie krytykowania innych. Nie zrobili nic, ZUPEŁNIE NIC! Ciągle tylko psioczyli, że to nie ich wybrał naród, że to nie oni wszystko psują, że to nie oni to robią, że to oni są Ci dobrzy. Ale czy pomogli w czymś? Czy choć raz pomogli PiS w walce o lepszy byt? NIE, oni tylko krytykowali, grzejąc swe dupy na ciepłych poselskich siedzeniach.

Może człowiek wspierać Samoobronę. Ale czy to dobre rozwiązanie? To tak jakby wspierać partię przestępców i zbrodniarzy. Tam niemal każdy jest o coś oskarżony. Jeden o gwałty, inny o pedofilię, inny o pobicie, jeszcze inny o fałszowanie podpisów, a jeszcze inny posiada na swym koncie wielomilionową sumę (szkoda tylko, że poprzedzoną znakiem minus). Czy jest tam ktoś uczciwy? Z pewnością jest, ale nie w czołówce. Czołówka opanowana została przez tych, którzy mają złą przeszłość i starają się ją poprawić.

Może człowiek wspierać LPR. Ale czy to dobre rozwiązanie? Jeśli ktoś jest urodzonym patriotą i na świecie dostrzega jedynie Polaków, a resztę uważa za zło, to oczywiście może. Ja jednak wiem, że prócz Polaków, na świecie są także Żydzi, Niemcy, Murzyni, Komuniści i wiele innych nacji. Z tego właśnie powodu, nie jestem w stanie wspierać tej partii. Jest też jeszcze jedno ale w tej partii, kompletny brak fachowców. LPR już pokazało jakie jest, nietolerancyjne i głupie. Giertych nawet najlepszy projekt potrafi spieprzyć, podobnie jak i jego ludzie. Niestety to nie jest partia poważna, jest to raczej partia skierowana do wąskiej grupy społeczeństwa.

Może człowiek wspierać LiD. Ale czy to dobre rozwiązanie? Oni już u władzy byli, dobrego za wiele nie zrobili. Czy warto dawać im szansę? Można, ale nie trzeba. Ja nie zamierzam, bo to wciąż mogą być Ci sami ludzie, to wciąż może być to samo, brakuje mi pewności, że oni wciąż chcą zmienić Polskę na lepsze. Dam im szansę, jeśli wszystko inne zawiedzie, ale do tego jeszcze długa droga.

Może człowiek wspierać PSL. Ale czy to dobre rozwiązanie? z pewnością tak, jeśli jesteś związany z Polską wsią. Ja jestem mieszkańcem miasta i mnie PSL zbytnio nie dotyczy. Nie rozumiem tylko innych mieszkańców wsi, którzy zamiast wspierać PSL idą i oddają głos na Samoobronę. Samoobrona pokazała już jak bardzo jej w zależy na Polskiej wsi. Mieszkasz na wsi? Masz dość dziadostwa? Oddaj swój głos na PSL.

Czy to już wszystko? Czy opisałem wszystkie partie? Nie, jest coś jeszcze. Jest jeszcze UPR, którego jestem zarejestrowanym sympatykiem. Po tych słowach ktoś może stwierdzić, że całość notki jest nieobiektywna, jego wola. Ja staram się całość przedstawić obiektywnie i nie kierują mną programy partii, a to czego chcę. UPR jest najbliższe moim ideałom, dlatego też jestem sympatykiem UPR, a nie ich członkiem. O co chodzi z tym przewrotem w moich myślach? Z gotowaniem się umysłu? Dochodzę do sedna.

UPR postanowiło startować w bloku wyborczym. W końcu odeszli od stanowiska samodzielności i postanowili wystartować w wyborach z kimś. Padło na LPR i PR. Zakotłowało się w moim umyśle, jak to z LPR i PR? UPR, partia niesamowicie liberalna, ma startować z tak dziwacznymi ugrupowaniami? Okazuje się jednak, że to jedyna szansa na wejście do sejmu, a skoro tak to… trzeba wspierać swoich.

Wiadomym jest, że UPR od dawna stara się wejść do sejmu i niestety ze skutkiem mizernym. Teraz prócz UPR podobnie jest z PR, LPR. Dlatego też powstaje blok, który ma na celu połączenie tych partii (jedynie na okres przedwyborczy), by realny stał się „awans”, by realne stało się uzyskanie tych wymaganych 8% (partia polityczna samodzielna potrzebuje procent pięciu, blok wyborczy złożony z kilku partii, potrzebuje ich aż osiem). Jeśli ten blok sprawi, że w końcu UPR dostanie się do środka, to ja jestem jak najbardziej za. W przypadku gdy te partie startować razem nie będą i nie dostanie się żadna z nich, to… głosy wyborców tych partii zostaną podzielone pomiędzy te partie, które się do sejmu dostały… PiS, PO, PSL, SO, LiD… wspierając te partie z osobna… wspieram te złe…

Wielu w UPR się oburzyło, wielu postanowiło dać sobie spokój z UPR. Nie zrozumieli tego co się dzieje. UPR łączy się jedynie w blok, nie zawiera żadnych sojuszy, nie zawiera głupich koalicji. To będzie jedynie blok, wspólne kandydowanie, by osiągnąć sukces. Dlatego rozumiem decyzję władz UPR i łączę się z nimi w marzeniach o WYGRANYCH wyborach, wygranych, czyli takich, które pozwolą ulokować w sejmie swoich.

A teraz apel do młodych i średnich, do starych nie (bo jeśli oni nie zrozumieli tego przez tyle lat, to strata czasu). Jeśli będą wybory i będziesz miał szansę oddać swój głos, nie zmarnuj go. Głosuj na tego kogo chcesz, może to być UPR, ale może być i SO, PO, PiS, PSL, LiD. głosuj tak jak Ci podpowiada serce, głosuj tak jak Ci podpowiada umysł, głosuj tak jak Ci podpowiada kolego, głosuj tak jak Ci podpowiada ten pan, który przykłada ostrze do Twego gardła. Ale idź na wybory! Do jasnej cholery IDŹ NA NIE! Nie pozwól, by decydowali za Ciebie inni. Masz głos? Czemu nie chcesz go wykorzystać?

JEŚLI CHCESZ POKAZAĆ, ŻE JESTEŚ PRAWDZIWYM POLAKIEM I ZALEŻY CI NA LOSACH TWOJEGO KRAJU, TO RUSZ SWOJE DUPSKO I ZRÓB CO DO CIEBIE NALEŻY.

ŻŻP, czyli Żałosna Żałoba Prezydenta.

Ostatnimi czasy, jesteśmy świadkami narodzin nowej mody. Kiedyś wszyscy zachwycali się deskorolkami, rolkami, tamagotchi, hula hop i innymi gadżetami, które miały w sobie coś co przyciągało uwagę niemal każdego człowieka. Teraz się to zmieniło, teraz nie pociągają nas już gadżety materialne, teraz na topie są gadżety duchowe. Tak właśnie narodziła się nowa moda, której imię zwie się żałoba.

Dlaczego uważam żałobę jako modę? Bo kiedyś tego nie było, a przynajmniej nie w takim stopniu jak to jest teraz. To się zaczęło nagle, to się zaczęło wtedy kiedy w Polsce narodziła się pseudo demokracja. Wcześniej, od 1935 do 1981 roku, żałoba narodowa wprowadzona została zaledwie sześć razy, czyli o jedną żałobę mniej niż od 2004 do 2007 roku. Dla mnie to jest chore, a wszystko dlatego, że to wspaniała okazja do pokazania się w mediach, można w taki świetny sposób rozreklamować siebie i swoją partię. Człowiek pokazuje jaki to jest dobry, jaki wspaniały, a jak tylko zgaśnie ostatnie kamera idzie do sejmowego baru i moczy mordę w najlepsze, zadowolony, że poparcie dla niego i jego partii wzrosło o 5%.

Kiedyś żałoba narodowa wprowadzana byłe jedynie w przypadku śmierci ważnej osobistości (wyjątkiem niech będzie upadek powstania warszawskiego, w którym to liczba ofiar liczona była w setkach tysięcy). Żałoba zostawała wprowadzona po śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego (1935), Józefa Stalina (1953), prezydenta Bolesława Bieruta (1956), przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego (1964), prymasa Stefana Wyszyńskiego (1981), papieża Jana Pawła II (2005). Uczczenie tych jednostek było zapewne słuszne, były to jednostki wybitne (niekoniecznie dla nas, ale były ważne), jednostki zasługujące na specjalne traktowanie. Ja z tych wymienionych osób pamiętam tylko śmierć Jana Pawła II, pamiętam jak to wyglądało, smutek rzeczywiści wylewał się z domów na ulice, rozpacz widziało się niemal w każdym ludzkim oku.

Teraz jednak są czasy zabaw medialnych, robienia wszystkiego pod publiczkę. Wprowadzanie żałoby przy każdej śmierci, która jest nagłaśniana przez media, która jest w jakiś sposób widowiskowa. Przez takie działania jesteśmy obserwatorami naradzania się czegoś złego. Następuje selekcja zmarłych, jedni są lepsi, drudzy gorsi. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego osoby, które zginęły śmiercią masową, śmiercią widowiskową są traktowane znacznie lepiej niż osoby, które zmarły sobie ot tak, nudno, bez nagłaśniania tego przez media. Czy to jest sprawiedliwe?

Druga, wyjątkowo irytująca sprawa, to ZMUSZANIE mnie do odczuwania smutku po śmierci niektórych zupełnie mi obcych osób. Nie znałem nikogo kto zginął w powodzi tysiąclecia, nie znałem nikogo kto zginął w World Trade Center i Pentagonie, nie znałem nikogo kto zginął w zamachach w Madrycie, nie znałem żadnych ofiar tsunami w Azji, nie znałem nikogo kto zginął w zamachach w Londynie, nie znałem nikogo kto zginął w katastrofie budowlanej na Śląsku, nie znałem nikogo kto zginął w kopalni Halemba, nie znałem nikogo kto zginął w wypadku samochodowym w Vizille k. Grenoble i w końcu nie znałem żadnego, z dwójki pilotów, biorących udział w zderzeniu samolotów na radomskim Air Show. Dlaczego więc mam udawać rozpacz, skoro mnie to nie dotyczy? Dlaczego mam udawać rozpacz, skoro ja jej nie czuję? Jestem na to obojętny. Stałą się tragedia, zgadzam się, ale nie widzę powodów wdziewania czarnych łachów, do zlikwidowania uśmiech z mojej twarzy. Dalej będę zachowywać się tak samo, niezależnie czy prezydent tego chce czy nie!

Kończę pisać tę notkę, kiedy jeszcze w moim mieście trwa żałoba. Żałoba wprowadzona po śmierci dwójki pilotów, którzy umarli śmiercią tragiczną, ale która to tragedia była nagłośniona przez media i widowiskowa. Z powodu śmierci tej dwójki odwołano dalsze pokazy lotnictwa, odwołano wszystkie zabawy, które miały być wprowadzone po tych pokazach, była też próba odwołania wszelkich innych zabaw, jednak na szczęście Ci się nie dali prezydentowi Kosztowniakowi. Czy rozpacz ludzi była tragiczna? NIE! Wielu bawiło się normalnie, wielu nie obchodziło to co się stało, podobnie jak i nie obchodziło to mnie. Stało się i tyle. Rozumiem uczcić ich śmierć minutą ciszy na najbliższym koncercie, rozumiem gdy organizatorzy postanowią przeznaczyć część SWOJEJ zarobione kasy na rzecz ofiar. Ale nie rozumiem sytuacji, gdy prezydent rozdaje NIE SWOJĄ kasę, i gdy KAŻE odwołać wszelkie zabawy. Dla niego liczy się tylko pokazanie w telewizji i zrobienie dobrego wrażenia na wyborcach.

Zachowanie karygodne panie prezydencie Kosztowniak. Proszę ze swojej strony, o zachowanie umiaru w wykorzystywaniu ludzkiej śmierci. Byłeś dla mnie nisko, teraz upadłeś jeszcze niżej. Byłeś dla mnie słaby, teraz jesteś żałosny. Zajmij się naprawą miasta, a nie naprawą swojego wizerunku. Zresztą, obie z tych dwóch spraw spieprzyłeś kompletnie.