Ostatni lot z Warszawy…

Była godzina 21:46, każdy usłyszał głośne <click> i zegar na lotnisku zmienił pokazywaną godzinę na 21:47, po kolejnym <click>, do minut doszła kolejna jedynka. Czas leciał nieubłaganie, a Jan M. (typowy everyman, mogę to być ja, może to być on, a możesz to być nawet Ty) wciąż znajdował się daleko od swego celu, a to był ważny lot, nie mógł się spóźnić, nie tego dnia. Od tego lotu zależała cała kariera Jana M. (<click> i zegar naliczył kolejną minutę).

Gdzie w tej chwili znajdował się nasz główny bohater? Gdzie był na chwilę przed swym odlotem Jan M.? Nasz Jan M. miał dziś wyjątkowo pechowy dzień, najpierw nie mógł odpalić swojego samochodu (piękny, niemal chromowany, niemal z alufelgami, niemal nowy i niemal szybki Polonez), a później nie zauważył zjazdu z niemal istniejącej autostrady. Kilka fatalnych zbiegów okoliczności, które zebrały się tego jednego dnia, mogły zadecydować o tym, że Jan M. straci wszystko o co walczył przez całe swoje życie. Ale nie bądźmy pesymistami, Jan M. zawsze miał szczęście i wierzył, że uda mu się, że zdąży na czas.

Jan M. siedział w swoim samochodzie i przeklinał sygnalizację świetlną, która wcale mu nie pomagała. „Niech to jasna cholera, gdzie się podziała ta słynna fala świetlna?” – dało się słyszeć z jego auta, lecz niestety i to nie pomagało, czerwone światło wciąż padało na oblicze Jana M., a czas nieubłaganie szedł naprzód. Gdyby Jan M., był teraz na płycie lotniska, z pewnością usłyszałby <click>, które wydał z siebie zegar, i które to <click> sprawiło, że czas posunął się o jedną minutę dalej.

Gdy zegar zrobił jeszcze kilka <click> Jan M. w końcu dojechał na parking lotniska i znów szpetnie zaklął, gdy zobaczył, że na najbliższym parkingu nie ma wolnych miejsc. „Głupia szmata, a miało być tak pięknie!” – wykrzyknął rozzłoszczony Jan M. i wybiegł ze swojego samochodu, zostawiając go na środku parkingu – „Mnie już potrzebny nie będzie, możecie go sobie wsadzić!”. Jan M. miał rację, jeśli tylko zdąży na samolot i zrobi co ma zrobić, to już nigdy nie będzie rozbijał się starym Polonezem. To jest fakt, któremu nawet ja zaprzeczyć nie mogę (a taki autor opowiadania moc ma niezwykłą, mogę zrobić <click> i zegar nabija kolejną minutę, czujecie tę moc?).

Gdy zegar znów wydał z siebie kilka <click> i na jego tarczy wyświetliła się 22:10, Jan M. wbiegł do głównego budynku i załamał się na widok kolejki, która zdawała się nie mieć końca. „Kurwa mać.” – pomyślał sobie Jan M. i zaczął przepychać się do okienka. Musiał poczekaj jeszcze kilkanaście <click>, by dostać się do pierwszego miejsca przy kasie, teraz była jego kolej, teraz już nic nie odbierze mu lotu, uda mu się. „Do Nowego Yorku!” – wykrzyknął. „Czego się drzesz, spieszy się gdzieś?” – usłyszał w odpowiedzi. „Do Nowego Yorku.” – tym razem ciszej, lecz z mordem w oczach. „Pan się nie spieszy, już odleciał.” – usłyszał z okienka.

Zegar zrobił kolejne <click>, na tarczy pojawiła się 22:21. Jan M. nie stracił nadziei, to nie jedyny lot, może mu się jeszcze uda. „Czy są jakieś inne loty do Nowego Yorku? Muszę się tam dostać jeszcze dziś!” – ze łzami w oczach rzucił do wąsatej pani w okienku. „Dobra wiadomość dla pana, jest dziś jeszcze jeden lot, jednak jest i zła wiadomość, wszystkie miejsca są już zajęte.” – zażartowała okienkowa i zaśmiała się cichutko. Zegar ponownie zrobił <click>, Jan M. upadł na kolana (swoje, nie pani z okienka), uniósł swe ręce ku górze i wydarł się przeraźliwie. Zamknął oczy i zaczął płakać, wiedział, że to już jego koniec. Zawiódł siebie i swoich przyjaciół. Po kolejnym <click> zegara upadł na twarz i oczami wpatrywał się w damskie buty, buty starszej kobiety, która stała tuż przed nim.

„Weź mój, chłopcze.” – wyszeptała starsza kobieta i wyciągnęła swój bilet ku niemu. Jan M. uśmiechnął się, zrozumiał, że gdzieś na tym świecie Bóg jednak jest. Uwierzył w ludzi, w końcu pojął, że jednak są tacy, którzy dla drugiego człowieka są w stanie zrobić wszystko. „No weź, bo i na ten się spóźnisz.” – podpowiedziała kobieta. Jan M. dłużej nie czekał, wcisnął kobiecinie do torebki swój portfel (w którym było znacznie więcej, niż wynosiła cena biletu) i wziął bilet tej kobiety, po czym udał się do swojego samolotu.

„Teraz to mam cię głęboko gdzieś” – wyszeptał Jan M., kiedy usłyszał kolejne <click> wydawane przez zegar. Po kilku kolejnych <click> siedział spokojnie na swoim miejscu i czekał na start samolotu. Jan M. latał już wcześniej, zupełnie nie obawiał się już lotów, za pierwszym razem się jeszcze bał, lecz nie dziś, dziś wiedział, że wszystko uda się tak jak powinno. Dziś już nic nie powinno się stać, nie po tak obfitym w wydarzenia dniu (Jan M. nie wiedział jeszcze, że jego bagaż zamiast do Nowego Yorku, trafił do zupełnie innego miasta, położonego na zupełnie innym kontynencie). Zadowolony z siebie zamknął oczy i pogrążył w śnie.

Jego sen był piękny, śniło mu się wiele kobiet, śniło mu się bogactwo, śniło mu się wszystko to co kojarzy się z rajem. W swoim śnie był wielką osobą, wielu mu usługiwało, wielu uważało go w tym śnie za pana. Był niczym święty, lecz to był tylko sen, sen który za chwilę miał się skończyć.

Kiedy zegar na lotnisku zrobił kolejne <click>, Jan M. zbudził się i rozejrzał się po samolocie. Nie znał tutaj nikogo, każdy był dla niego obcym człowiekiem, a mimo to czuł, że jakaś więź łączy go z innymi ludźmi. Po lewej swej stronie miał starszego pana, który dość głośno chrapał, możliwe, że to właśnie on sprawił, ze ten piękny sen się skończył. Jan M. wstał ze swojego siedzenia i zaczął iść w kierunku samolotowych łazienek. Kiedy był już w połowie drogi, stewardessa poinformowała przez interkom, że znajdują się na maksymalnej wysokości. Zadowolony Jan M. zrzucił wierzchni płaszcz i rozejrzał się po ludziach. W pierwszej chwili nie każdy zauważył Jana M., lecz po chwili patrzyli na niego już wszyscy. Nikt nie krzyczał, wszyscy patrzyli tylko z otwartymi oczami na Jana M. i na jego pas. Nie był jednak to zwykły pas, zwykły pas rzadko kiedy ma przyczepione do siebie ładunek wybuchowy. Jan M. uśmiechnął się i rzekł: „To mój ostatni lot z Warszawy”. Wcisnął przycisk, który zrobił <click>…

Zegar na lotnisku zrobił <click>, lecz nikt nie zwrócił uwagi na zmieniającą się tarczę zegara, tym razem wszyscy patrzyli ku niebu, gdzie mały samolocik przemienił się w piękną kulę światła.

====

To moje pierwsze opowiadanie, pierwsze opowiadanie, które rzeczywiście ma formę opowiadania. Ponieważ jest to pierwsze, to oczywistym jest, że może mieć pełno błędów i niedociągnięć, które możecie śmiało mi wytykać. Nigdy nie byłem na lotnisku i nie wiem jak wszystko tam to wszystko wygląda, mimo wszystko starałem się opisać to tak jak wyobrażam sobie. Opowiadanie to miałem napisać bardzo dawno temu, ale zawsze odkładałem to na później, niemniej dziś nadszedł ten dzień, w którym postanowiłem pokazać światu moje chore wizje. W kolejnych opowiadaniach (jeśli kiedykolwiek się pojawią) komentarzy na zakończenie już nie będzie.

Odpowiedzi: 10

  1. Wow.
    Najbardziej podoba mi się idea godziny 21:471 :)
    I drugi akapit chyba nie bardzo ma formę opowiadania, ale może ja się mylę. Rządzisz 8)

  2. Ach jaki to temat na czasie :)
    Ach jakze to mi przypomina pewien film (ktory jesli sie nie myle powiedzialem przy Tobie ze „nienawidze”) :P

    Ach jaka piekna ta rysa na bańce jaką robia takie historie :D

    Ach jak wspaniale wcielic sie w kogos z tych ludzi… na pokladzie tego samolotu…

    I wogole
    Ach Ach Ach :D jakiż to ma klimat

    // uwazaj na powtórzenia.

  3. >Najbardziej podoba mi się idea godziny 21:471 :)

    Ale o co chodzi? Chodzi o konkretną godzinę? Godziny 21:471 w tekście znaleźć mi się nie udało, zatem traktuję to jako pomyłkę komentatora i zakładam, że podobał się motyw godziny. :D

    >I drugi akapit chyba nie bardzo ma formę opowiadania, ale może ja się mylę. Rządzisz

    W drugim trochę nie tak jak miało być, przy drugim akapicie wahałem się jeszcze czy to ma być opowiadanie z wypowiedziami Jana M., czy też może bez nich. Wyszło dziwadło.
    Dzięki. :P

    >Ach*

    Dziękuję za te achy, temat może i na czasie, chociaż niezupełnie wiem czemu, ale co tam. :P
    O jaki film chodzi pojęcia nie mam, ale to nie szkodzi, moja pamięć czasami zawodzi. :D
    Rysy na bańce lepiej robi nóż, najlepiej skalpel.
    Ostatnie ach podoba mi się wyjątkowo. :D

    Na powtórzenia staram się uważać, ale czasami nie jestem w stanie wyrazu zastąpić. Niektóre powtórzenia są też wymuszone, ale taki styl. :D

  4. Czytając opowiadanie, książkę, czy oglądając film, nigdy nie staram sie przewidywać końca. Nie lubię niszczyć sobie frajdy. Odkrywanie przestaje byc ciekawe, kiedy znamy zakończenie. Tak też było z Twoim opowiadaniem, ale o tym za chwilkę:)

    Ten niemal super hiper czaderski polonez i te przeciwności losu skojarzyły mi się z „nic śmiesznego” – pewnie oglądałeś a jak nie, to polecam.

    To takie było ciekawe. Jednocześnie monotonne i powodujące pośpiech. Monotonne dla ludzi na lotnisku, monotonne gdy patrzy się na zegar. Powodujące pośpiech pana M. (prawie jak magda m….:P wolałabym, żeby Twoj bohater inaczej się nazywał:D).

    Jak pisałam w akapicie pierwszym, nie staram się przewidywać, to też nie uniknęłam elementu zaskoczenia….

    „Nikt nie krzyczał, wszyscy patrzyli tylko z otwartymi oczami na Jana M. i na jego pas. Nie był jednak to zwykły pas, zwykły pas rzadko kiedy ma przyczepione do siebie ładunek wybuchowy. Jan M. uśmiechnął się i rzekł: “To mój ostatni lot z Warszawy”. Wcisnął przycisk, który zrobił …” – a to jest po prostu genialne. Niczego tu nie brakuje…

    *Za każdym razem poznaję Cię z innej strony Piotrze.

  5. Przyznam, że zaciekawiła mnie forma tego opowiadania, bardzo ciekawie napisana :)

  6. […] Original post by Gb.Ottis (MiszczQ) […]

  7. kłamiesz… byłeś na lotnisku ;P byłam świadkiem naocznym ;P trzeba było wyjść z samochodu po nas a nie… :) opowiadanko fajne… hm.. talent masz po mamie albo po Stephenie Kingu :D pozdro:*

  8. No Frosiak, bardzo dziękuję za komentarz. Wyczuwa się w nim lekkie podlizywanie, ale takie coś super na człeka działa. :P Sprawia, że człowiek ma ochotę pisać dalej, tworzyć więcej… brakuje tylko pomysłów. Ale te powinny kiedyś nadejść. :P Trzeba zaczekać tylko na odpowiedni moment.

    Terroriste, wielkie dzięki. :}

    Samolot >Blog Archive<, wielkie dzięki za wstawienie mojej notki u siebie na blogu. Kiedyś moze dzieciaki w szkole będą analizowały mój utwór, będą się głowić o co mogło autorowi w tym utworze chodzić. :D

    Anior. Na lotnisku nie byłem, byłem obok lotniska, a to jest duża różnica. Talent po mamie? Raczej nie, mama takich rzeczy nie pisze, to jest mój oryginalny styl, Ci którzy mnie znają wiedzą, ze jak tylko skończe 124lata to zacznę niszczyć ten świat. :P
    Talent po Królu? Nigdy. On jest wielki, ja jestem maluczki. :P

  9. ja przepraszam Ciebie bardzo, ale w żadnym stopniu nie było to podlizywanie się. Wyraziłam swoją opinię a że przypadkiem byla ona pozytywna…;)

    Nie mam celu by sie podlizywać, o. A tlumacze sie bo az mi sie dziwnie zrobilo:)

    Kolorowych;)

  10. Na lotniskach nie ma zegarów, zastanawiam sie dlaczego,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: