Sławni inaczej, czyli jak się zeszmacić…

No cóż, przyszło nam żyć w cudownych czasach, opatrzonych jakże piękną dwójeczką z przodu (dla niekumatych – 2xxx). Są to czasy trudne dla każdego, w których każdy radzi sobie jak może. Zupełnie jak za dobrych dawnych lat, kiedyś człowiek starał się zdobyć pożywienie, by przetrwać. Obecnie człowiek robi wszystko, byle tylko całkowicie się zeszmacić. W takich to cudownych czasach przyszło nam żyć.

Zacząłem brutalnie, ale niestety prawdziwie. Kiedy ostatnio łaziłem w tę i we w tę (jak to cholerstwo poprawnie zapisać?), to olśniło mnie kilka rzeczy. M1 jest beznadziejną halą targową, w której gówno jest, łażenie po sklepach mija się z celem, gdyż wszystkie oferują to samo, za tę samą cenę (wyjątkiem jest sklep Alpinus, który to oferuje wyjątkowo dobre produkty, za wyjątkowo wysoką cenę) oraz to, że ludzkość lubi się szmacić.

Niektórzy z Radomia pewnie już pomyśleli, że chodzi mi o Dodę. Jednak Ci, którzy tak pomyśleli, nie mieli racji, a już na pewno nie mieli jej całkowicie. Nie tylko bowiem o Dodę się rozchodzi, prócz niej istnieje jeszcze wiele innych przykładów zeszmacenia się.

By jednak zadowolić tych, którzy Dody nie lubią i wkurzyć tych, którzy ją lubią, to zaczniemy właśnie od niej. Doda to pani, która miała dobry start, ćwiczyła lekkoatletykę i wszystko byłoby dobrze gdyby nie trafiła do programu Bar, który całkowicie zmienił jej życie. W owym to programie Dorotce lekko odbiło, Dorotka polubiła publiczność, błaznowanie przed ludźmi i… zeszmaciła się kompletnie. Obecnie biedactwo stara się śpiewać, lecz nie idzie jej to najlepiej, wszystko musi nadrabiać pokazywaniem dupy, cycków i odpicowanej mordy. Za wszelką cenę stara się być kobietą kontrowersyjną, jednak niespecjalnie jej to wychodzi, cała jest jakaś taka sztuczna, z plastiku (co zresztą nie dziwne, w sobie implantów ma kilka kilogramów). Czy ktoś tej pani w ogóle słucha? A pewnie, że tak, świat przecież pełen jest nastolatków, którym podoba się wszystko, którzy radość życia czerpią z gołych cycków. I tak fanem Dody, niemal automatycznie, staje się osoba, która nie przekroczyła szesnastego roku życia, po tym okresie człowiek mądrzeje i Dodzie mówi papa. Doda to jednak pani z klasą (przynajmniej tak uważa o sobie) i twierdzi, że to nie wszystko, że starsi też ją lubią. Postanowiłem ją z tego błędu wyprowadzić, gwarantuję, że więcej sprzeda swoich nagich zdjęć niż płyt. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to co o niej sądzę to z zazdrości, ja jednak odpowiadam to samo co zawsze: „Nie wolno zazdrościć głupoty, jej trzeba współczuć!”. To wszystko odnośnie tej pani.

Przyszedł czas na drugą osobę, którą wrzucić można do grona osób sławnych inaczej. Tutaj będzie pewnie małe zaskoczenie, ale ja zawsze myślałem inaczej niż większość. Drugą osobą jest ktoś, kto chciał dobrze, ale niestety nie udało się, powitajmy w naszym gronie Joannę Jabłczyńską, którą cenię tylko za jedno, za podłożenie głosu pod Buena Dzidzię w kreskówce „Mucha Lucha!”. Fajna bajeczka, w której mała Joasia pokazała, że potrafi śmiać się sama z siebie. Wystąpiła też w kilku polskich filmach, które śmiało można określić jako przeciętne (czyli odpowiedniki `wielkich amerykańskich hitów`). Zeszmacenie się tej pani nastąpiło znacznie później, kiedy to dorosła i z małej dziewczynki stała się dorosłą nastolatką. Tej pani też sława uderzyła do głowy (ale ta przynajmniej nie wypełniała siebie różnymi świństwami). Mała Joasia za swój cel postawiła sobie jedno, nie schodzić z areny i występować. Przestała patrzeć na to gdzie występuje, z kim występuje i dla kogo występuje. Ale to nie wszystko, postanowiła napisać książkę, książkę o tym jak dobrze zachowywać się w towarzystwie („Współczesny savoir-vivre dla nastolatków”). Ja jej nie odbieram prawa do pisania, ale ludzie, widziałem jej jeden program i stwierdzam, że ona zachować się dobrze nie potrafi. Ma paskudną manierę wypowiadania się (jak pięćdziesięcioletnia baba ze wsi), paskudny sposób bycia i wypowiadania się nie wtedy kiedy trzeba i nie tak jak trzeba. To tak jakby mnie Jarosław Kaczyński uczył poprawnej dykcji. To niby wszystko, zeszmacenie na niskim stopniu, ale dajmy jeszcze tej pani czas, ona dopiero się uczy.

Czas opuścić scenę kultury i przejść do kategorii politycznej. Czy tutaj też można się zeszmacić? Ależ oczywiście, niektórzy uważają to nawet za dodatkowy atut. W polityce osobą, która zeszmaciła się, jest każdy kto zmienia poglądy nagle. Jestem z tymi, którzy wygrali to super, po dwóch latach moi przegrywają, czas więc zmienić poglądy. To jest straszne! Głównym przykładem zeszmacenia się politycznego jest Radosław Sikorski i Kazimierz Marcinkiewicz. Oj teraz strasznie oburzą się ludzie PO, ale niestety to prawda, pan Sikorski i Marcinkiewicz to osoby, którzy dali dupy na całej linii. Dla nich nie liczy się dobro kraju, a jedynie dobro ich własne. No bo jak inaczej wyjaśnić drastyczną zmianę poglądów? Ale to nie wszystko, prócz zeszmacenia się pierwszego stopnia, ci panowie poszli dalej i wykonali ruch podobny do Joanny Jabłczyńskiej. Napisali książki, o władzy. O ile jeszcze Książkę Sikorskiego strawić można (wszak opisuje to z czym do czynienia miał), tak już księgi Marcinkiewicza nie. Fizyk z wykształcenia powinien pisać o fizyce, a nie o rzekomej władzy, której nigdy nie posiadał. Marcinkiewicz jest pierwszą w historii świata marionetką, która stworzyła sztukę. Mam ja dla tych dwóch panów (dla reszty też, a jest ich całkiem sporo), napiszcie książkę, o tym jak zmienić całkowicie swe poglądy w ciągu miesiąca, myślę, że sprzeda się lepiej.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tych zeszmaconych gwiazdek nie ubywa, jest wręcz odwrotnie, z każdym dniem tego cholerstwa jest coraz więcej. I tak jesteśmy narażeni jesteśmy na zespolik z Blog w nazwie, jesteśmy narażeni na popisy Frytki, jesteśmy narażeni na ataki szmacących się polityków, aktorów, aktorek, śpiewaczek i śpiewaków. Niestety końca w tym wszystkim nie widać. Czy jest jednak nadzieja?

Widać światełko w tunelu. Przykładem może być kontrowersyjny piosenkach Michał Wiśniewski, który jest przykładem szmaty, która przechodzi proces odwrotny do zeszmacenia się. Jak taki proces nazwać? Normalizacja? Odszmacenie? Nie wiem, ważne jest, że Wiśniewski kiedyś był zeszmacony ogromnie, a teraz wraca na ludzi. Pomaga mu w tym umiejętność śmiania się z samego siebie, tworzenia czegoś co jest głupie i śmieszne zarazem. Mam nadzieję, że Polska doczeka sie kiedyś większej ilości takich postaci.

Reklamy

Już PO wyborach.

Jest wczesna godzina pierwszego dnia po wyborach. Sytuacja jeszcze się nie ustabilizowała, jeszcze nie wszystko jest pewne, ale zarys tego co się stanie, jest już wyraźnie widoczny. Dziś, kiedy to PRZECIWNICY PiS świętują swoje zwycięstwo, przedstawię co ja o tej całej sprawie sądzę.

Od czego zacząć? Z pewnością od tego co pierwsze się rzuca w oczy, od frekwencji. Tak jak zwykle była niska (nie tak jak miało to miejsce dwa lata temu, ale i tak zdecydowanie za niska), niestety. Niestety żyjemy w kraju, gdzie ok. 45% społeczeństwa ma to wszystko głęboko w dupie. Nie interesuje ich to gdzie żyje, to jak żyje, to kto za niego podejmuje decyzje. Te 45% społeczeństwa to rośliny, których całe życie polega na byciu. Ok, nie będę aż taki, to nie rośliny, to ameby: rodzi się nowe życie (ameba), żre, wydala, żre wydala, żre wydala, żre wydala, żre, wydala, odchodzi z tego świata (ta sama ameba). Nie wprowadza do życia państwa niczego nowego, po prostu jest. No i niestety, ponownie wyjdzie na to, że grupa rządząca nie jest przedstawicielem większości.

Przechodzimy do sedna, kto wygrał wybory? Wyborów nie wygrał PiS, wyborów nie wygrało też PO (na całe szczęście). Wybory wygrane zostały przez PO-PSL, PO-LiD, PO-PiS (marne szanse), PiS-LiD-PSL (jeszcze marniejsze). Zwycięzcą jest ten, kto uzyska większość, kto w parlamencie zdobędzie więcej niż 50%. Dziś się tak nie stało, a z każdym kolejnym doliczaniem głosów, stan posiadania mandatów przez PO maleje. I całe szczęście. Na chwilę obecną nikomu nie powierzyłbym zarządzania nad tak wielkim państwem, żadnej pojedynczej partii. Teraz, dzięki koalicji, pierwszy partner będzie pilnował drugiego, a drugi będzie pilnował pierwszego.

Największe szanse na powstanie ma twór, który zowie się PO-PSL. Dlaczego akurat taki? PO nie zaryzykuje koalicji z LiD`em, gdyż LiD odbierany jest przez większość jako partia postkomunistyczna. Na co możemy liczyć podczas koalicji PO-PSL? Ja jestem przekonany, że cudu gospodarczego raczej nie będzie. Będą to spokojne rządy dwóch partii, jednej dążącej do kompletnego udupienia poprzedników (jeszcze na dobre sytuacja się nie uspokoiła, a PO już twierdzi, że najważniejsze jest rozliczenie PiS) i drugiej dążącej do poprawienia dobrobytu mieszkańców wsi i miasteczek. PO natomiast wybiera drogę, którą wcześniej obrało PiS (ku memu wielkiemu niezadowoleniu). Nie będzie więc liberalnego skoku państwa, będzie jedno wielkie rozliczanie z przeszłości. Jaka więc różnica jest między PiS, a PO? PiS rozliczało z komuny, PO będzie rozliczało z pisiorstwa. Bo wiadomo, przeszłość jest ważniejsza, od tego co dopiero nastąpi. Państwo będzie płynęło samo, a czym będzie ta przystań, to dowiemy się wraz z upływającym czasem.

Niespełnione obietnice. To jest to co zawsze najbardziej wkurza wyborców (MNIE WKURZA), reszta to olewa i zapomina, bo wybory, bo można pieprzyć od rzeczy. W tych wyborach PO postawiło na całkowity brak obietnic, całkowity brak dzielenia się swym programem. Obietnica była tylko jedna, będzie cud, sprowadzimy tu Irlandię. Podobno w sztabie PO przygotowano już specjalne holowniki z mocnymi silnikami, które przytargają Irlandię i Wielką Brytanię na nasze wody. Jedyna szansa na posiadania Irlandii i Wielkiej Brytanii tutaj. Szkoda tylko, że ja nie chcę mieszkać w żadnych z tych dwóch krajów, ja chcę mieszkać w Polsce, w WOLNEJ POLSCE! W kraju, w którym nie będzie obowiązków, w kraju, w którym będą PRAWA! Ja nie chcę mieć obowiązku zapinania pasów, ja chcę mieć możliwość zapięcia pasów, ja nie chcę obowiązku jazdy z włączonymi światłami, ja chcę mieć możliwość zapalania świateł, ja nie chcę mieć obowiązku płacenia za sygnał radiowy i telewizyjny, ja chcę mieć możliwość wykupienia ich usług, ja nie chcę mieć obowiązku płacenia wszelkich ubezpieczeń, ja chcę mieć możliwość, ja nie chcę obowiązku patrzenia na krzyżyki we wszelkich urzędach i instytucjach państwowych, ja chcę mieć możliwość spojrzenia na symbol religijny wtedy kiedy mam ochotę (chcę to idę do kaplicy ciemnoty). Niestety raczej tych zmian nie będzie, niestety. Kolejne cztery lata życia w państwie obowiązków, ale może choć trochę jakoś życia się poprawi.

Czy jest jakiś pozytywny akcent wczorajszych wyborów? Plusy są zawsze, ale minusy przytłaczają. Na jakie zmiany możemy liczyć (w stosunku do poprzedników)? Spokojniejszy rząd (nie będzie tworzenia rządu na siłę, tutaj sytuacja jest zdecydowanie prostsza), brak życia w strachu (chodzi o rządzących, poprzednicy wszędzie widzieli spisek), drobne poprawki (na nic wielkiego nie liczę, ludziom nie można ufać w zbyt dużym stopniu, poprawki będą jedynie kosmetyczne). I to chyba w zasadzie wszystkie plusy.

Wracamy do frekwencji. Frekwencja wyniosła ok. 55%, PO uzyskało ok. 45%. Jakie z tego wnioski? Będzie rządzić partia, która została wybrana przez ok. 25% społeczeństwa (prosta matematyka). Zaledwie 25%. Wniosek z tego płynie jeden, trzeba zmienić ordynację. Nie może być tak, że 25% społeczeństwa decyduje za dodatkowe 75% (jeśli ktoś nie pojmuje procentów, to wyjaśniam w inny sposób, obecnie jest tak, że jeden szarak rządzi trzema szarakami). Czy jest sposób na zwiększenie frekwencji? Czy jest prosty sposób na zwiększenie frekwencji? TAK! Wprowadzić głosowanie przez internet, wydłużyć czas głosowania, ostatecznie chodzić z urną po ludziach. Napisałem ostatecznie, to byłoby długie i czasochłonne, kosztowałoby też wiele kasy. Czy jest sposób na przeprowadzenie takiego zabiegu małym kosztem? Oczywiście, że jest, zabrać partiom subwencję i połowę funduszy przeznaczyć na wybory, partie niech zasilają się ze swojego. W ten oto cudowny sposób rozwiązałem problem frekwencji, tylko czy ktoś mnie kurde słucha?

No i koniec. Tym mało pozytywnym akcentem kończę dzisiejszą notkę. Czas pokaże kto miał słuszność. Obym to nie był ja.

Wybornie wyborowe wybory…

Od poprzednich wyborów minęły dwa lata i przyszedł czas na kolejne wybory. Nie jest to żadna zmiana w prawie naszego kraju, a jedynie niepowodzenie w utworzeniu rządu większościowego. A skoro rząd nie był w stanie rządzić, to trzeba było go rozwiązać i ponownie zgłosić się do wyborców, do nas.

W 2005 roku (kiedy to miały miejsce ostatnie wybory) frekwencja wyborcza była na żałośnie niskim poziomie, nie oddała kraju nawet połowa obywateli naszego kraju, ponad połowa kraju miała to wszystko głęboko w dupie. Teraz jest pojedynek rewanżowy i mam nadzieję, że my, głosujący, zwyciężymy, że będzie nas więcej.

Czy mamy jakieś szanse na zwycięstwo? Wątpię, ja przewiduję, że wynik będzie jeszcze gorszy niż ostatnio, bo z tych, którzy głos oddali odejdzie kilku, którzy zawiedli się rządami PiS i brakiem rządów PO. Przez całe ostatnie dwa lata PiS zajmował się tym jak zniszczyć dawnych złych, a PO zajmowało się tym jak zniszczyć tych, którzy niszczą dawnych złych. Był też LiD, który pozwalał niszczyć się tamtym, by samemu osiągnąć sukces. Przez te dwa lata powstało jedno wielkie gówno, które nikomu nie wadziło. Niestety ktoś je rozgrzebał i w ciągu chwili pojawiły się tysiące muszek i przeraźliwy smród.

Teraz mamy wybór pomiędzy tymi, którzy chcą zniszczyć komuchów (PiS), tych, którzy chcą zniszczyć walczących z komuchami (PO), tych, którzy chcą zniszczyć walczących z komuchami i walczących z walczącymi z komuchami (LiD) i resztę, która dostaje się z innych pobudek. SO chce spłacić swoje długi, PK chce mieć prawo do pozowania na łamach Playboya, KW LPR chce się po prostu dostać. Wiele do wyboru, lecz nie ma różnicy na kogo głos oddamy, to są ciągle Ci sami ludzie.

Na łamach tego mojego bloga, chciałbym zachęcić wszystkich do pójścia na wybory, to wszystko. Oddania głosu na tę partię, na którą masz ochotę. Nie musisz znać jej programu, nie musisz jej lubić, nie musisz do niej należeć. Po prostu rusz swoją dupę i idź na wybory. Jeśli nie wiesz na kogo głosować, nie wiesz co zrobić ze swoim głosem to oddaj go na KW LPR, na kandydata UPR. Dlaczego akurat tak? Lubię tę partię, znam ich program i wiem, że jest dobry. Większości raczej nie zdobędą, ale przynajmniej pierwszy raz mają szansę na wejście do sejmu, daj im szanse.

No i to chyba wszystko co mam do powiedzenia w związku z wyborami. Kolejna notka odnośnie wyborów pojawi się już po wyborach i będzie podsumowaniem tego starcia.

Gimijorblad…

Wstęp.
Oddaję już krew od dłuższego czasu, nie zawsze chadzałem do centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa regularnie, ale starałem się chadzać wtedy, kiedy tylko mogłem. Krew niby jest mi potrzebna, ale po co mi jej aż tyle? Ja wolę się podzielić z kimś kto ma jej mniej, kto ma ją gorszę i potrzebuje mojej. Jakaś sytuacja porównawcza? Wyobraźcie sobie, że macie na własność sadek z ogromną ilością jabłonek, że mieszkacie na jabłkach. Idziecie sobie ulicą i znajdujecie na ziemi jabłko, a ponieważ dobre jabłko nie jest złe, zamierzacie je skonsumować. Wyobraźcie sobie teraz, że obok stoi człowiek, który nie miał nic w ustach od długiego czasu. Macie dwa wyjścia, rzucić go jabłkiem, by usłyszeć to słodkie <ćtap>, lub podzielić się jabłkiem z nim. Co wybierzecie? Ja wybrałbym to drugie.

Po co oddawać?
Po co oddawać krew? Po to, by pomóc komuś kto jej potrzebuje. Żyjemy na świecie, na którym nie każdy jest równy. Jeden posiada krew normalną i może żyć normalnie, drugiemu brakuje czegoś w krwi i jest przez to uzależniony od naszych datków, trzeci miał wypadek i do pomyślnego przeprowadzenia operacji potrzebna jest mu nasza krew (lub coś innego, ale też naszego). Dlatego też, warto się dzielić tym co mamy.

Oddawanie krwi.
Jeśli zdecydowałeś się na taki zabieg to poszukaj, gdzie w Twoim mieście można ten cenny płyn oddać i udaj się tam jak najszybciej. Zakładając, że to już masz za sobą, to teraz musisz zarejestrować się w centrum, przejść odpowiednie badania i poczekać na swoją kolej. Po przejściu badań (o tym co w przypadku złego wyniku napiszę za chwilę) możemy napić się kawy/herbaty, a później udać się do specjalnego pomieszczenia, gdzie zostanie wyssana z nas krew, 450ml krwi. Sam zabieg jest wyjątkowo prosty i szybki, pani pielęgniarka wbija nam igłę w żyłę na zgięciu łokcia, daje do ręki zabawkę, którą musimy ściskać i wszystko. Teraz wystarczy poczekać kilka minut (10 minut to czas maksymalny) i po zabiegu. Jesteśmy wolni, możemy iść do domu.

Oddawanie osocza.
Ostatnio dowiedziałem się, że prócz krwi można oddawać osocze i płytki krwi (płytek ode mnie nie chcieli, gdyż nie było potrzebujących). Jak wygląda sprawa z oddawaniem osocza? Cały początek wygląda tak samo jak w przypadku oddawania krwi pełnej, różnica pojawia się dopiero w momencie wejścia do pokoju, w którym panie będą od Ciebie brać. Tym razem człowiek jest podpinany do skomplikowanej aparatury, igła ponownie wbija się naszą żyłę i krew pomału zaczyna być tłoczona do specjalnego bębna. Niby wszystko tak jak poprzednio, ale tym razem, po niespełna dziesięciu minutach, maszyna wydaje z siebie dziwne i po chwili role się odwracają. To my zasysamy z maszyny krew (maszyna tłoczy ją do nas, ale mi to przypominało raczej przeciąganie liny), ale już bez naszego osocza. Kiedy już odpowiednia dawka zostanie pobrana, maszyna zatrzymuje się, by po chwili zacząć tłoczyć nam w organizm przezroczysty płyn. Na moje pytanie, pielęgniarka odpowiedziała, że jest to sól. Kiedy to wpływa w nasz organizm, człowiek zaczyna odczuwać coś dziwnego, skłamałbym gdybym rzekł, że całe życie przelatuje nam przed oczami. To co czujemy to piorunujące zimno. Ja miałem wrażenie jakby ktoś wrzucił mi śnieg… ale nie za koszulkę, a za skórę. Uczucie przesympatyczne. Cały zabieg trwa 30-60 minut, po tym czasie jesteśmy wolni i pewnym krokiem wracamy do domu.

Jak często?
Oddawanie różnych `płynów` wiąże się z tym, że musimy później odczekać pewien okres czasu, aż organizm zregeneruje ubytek. Dla krwi pełnej okres ten wynosi od dwóch do trzech miesięcy dla mężczyzny i od trzech do czterech miesięcy dla kobiety. Natomiast w przypadku plazmy (osocza), czas ten skrócony jest… no, dalej wynosi tyle samo, z tym, że zamiast miesięcy liczony jest w tygodniach. Udało mi się dowiedzieć, że w przypadku płytek jest to ok. miesiąca, ale też spora sprawa indywidualna. Tak więc, idź jak najczęściej i miej nadzieję, że tym razem Ci się uda.

Co w zamian?
Oddajesz kawałek siebie, jak nie patrzeć to jesteś w plecy. Ale tutaj wyszła wspaniała inicjatywa, otóż za oddawanie krwi otrzymujesz osiem czekolad, wafelka i kawę. Czasami trafi się coś jeszcze, możesz więc liczyć, że będziesz tym szczęśliwcem, który otrzyma koszulkę, długopis, kubek, a nawet wampirze zęby. Ale to nie wszystko, po oddaniu określonej ilości krwi, czeka na Ciebie jeszcze specjalna odznaka, która uprawnia Cię do różnych zniżek itp. Na co możesz liczyć? Sprawdź w swoim mieście, gdyż to zależy jedynie od władz miasta.

Mam złe wyniki. :{
Też miałem, nie przejmuj się. W takich wypadkach pytaj się czy możesz oddać coś innego. To, że nie masz uprawnień do oddawanie pełnej krwi, nie oznacza, że nie możesz oddać osocza lub płytek krwi. Zatem, zamiast ze spuszczoną gębą leźć do domu spytaj się, co trzeba zrobić, by wyniki poprawić lub czy możesz oddać coś w zamian.

Straszne chwile.
Czasami jest tak, że podczas zabiegu coś pójdzie nie tak. Ja osobiście byłem świadkiem dwóch ciekawych zdarzeń, które dotyczyły mojej osoby. Pierwsze z nich było podczas testów krwi, pani pielęgniarka wbiła igłę w odpowiednie miejsce, wyssała co miała wyssać, po czym rzecze do mnie: „Ale teraz tępe te igły robią, kiedyś to wchodziło gładko, a teraz to trzeba nią tak kręcić.” Przyznam, że włos mi się zjeżył na głowie, ale jakoś to przeszło. Drugi raz był gorszy. Ostatnio, podczas oddawania osocza, pielęgniarka podeszła do mnie i wbiła mi igłę. Po chwili pojawiła się taka dziwna gulka. Pielęgniarka wtedy powiedziała coś takiego: „O jakie dziwne, zawsze pan tak ma, czy może jest to pierwszy raz?” Ja zdziwiony odpowiedziałem, że mam to po raz pierwszy, że w ogóle po raz pierwszy oddaję osocze, a wtedy pani dodała: „Chyba nie trafiłam w żyłę, a może w ogóle ją przebiłam? Jeśli to pierwszy raz, to możliwe też, że panu żyła pękła.” Ja się spojrzałem na nią takimi wielkimi oczami, a ona jeszcze dopowiedziała: „Teraz to się nic nie dzieje, idzie normalnie, ale jak krew będzie wracać to może do żyły nie trafić, wtedy będzie trzeba wyciągać, zastopować wszystko i próbować jeszcze raz w drugą rękę.” Przyznam, że bardzo dziwnie się wtedy poczułem, na moje szczęście, okazało się, że to nic groźnego.

Kilka słów na koniec.
Ktoś się może ciekawić po co to napisałem, jaki w tym miałem interes? Żaden, jedynie dobre samopoczucie. Czy to coś złego, że jeden człowiek chce drugiemu? Złe nie, ale dziwne na pewno. Ale trudno, ja taki jestem.

Pamiętaj więc, jeśli masz troszkę wolnego czasu i chcesz komuś pomóc, to oddaj cząstkę siebie. Dla Ciebie to kawałek niepotrzebnych bebechów, a komuś te niepotrzebne bebechy mogą uratować życie. Czy warto? Zastanów się sam.